zespół

Ja plus Ja

07/09/2018
 
 

Teresa Olszak: – Egoizm to pojemny termin, kojarzony raczej negatywnie. Czy jednak w codziennym byciu ze sobą dwojga ludzi jest miejsce także na dobrą jego odmianę?

Ireneusz Sielski: – Egoizm to pewna niewrażliwość na potrzeby drugiej osoby z dużym zaakcentowaniem wrażliwości na własne potrzeby. Oczywiście można mówić także o dobrym egoizmie, który jest związany z właściwym poczuciem własnej wartości. Jeśli ktoś mnie skrytykuje, to nie muszę się na nią, na niego oburzać, ale też nie muszę głęboko analizować krytyki skierowanej w moją stronę, bo wiem, kim jestem. Dobry egoizm wiąże się z szanowaniem własnych granic – fizycznych, emocjonalnych, seksualnych, intelektualnych, duchowych – ale zarazem nieblokowaniem się na drugą osobę.

Dawid Buss w książce „Ewolucja pożądania" twierdzi m.in., że pradawna kobieta, wybierając partnera do związku długoterminowego, stawiała na mężczyznę, który będzie w stanie zapewnić jej opiekę, on zaś brał pod uwagę kwestie seksualne. Czy zaspokojenie własnych potrzeb nadal jest podstawą łączenia się w pary?
Irena Namysłowska: – Motywacje do zawarcia związku są bardzo różne. Związane i z osobowością partnerów, i z wzorcami wyniesionymi przez nich z rodzin pochodzenia, i z przekazami transgeneracyjnymi na temat ról w związkach. Mimo wpływu współczesnych czynników kulturowych te często nieuświadomione przekazy wyraźnie oddziałują.

Magdalena Namysłowska: – Do mnie przemawia myśl Carla Gustava Junga, który mówił o związku jako o emocjonalnej przestrzeni pomieszczającej. Jest w niej dwójka ludzi ze swoimi zasobami i pęknięciami, czyli umiejętnościami radzenia sobie z trudnymi dylematami, zdolnością do rozwiązywania konfliktów, chęcią dzielenia swoich uczuć z tym drugim, a jednocześnie z ukrytymi problemami wyniesionymi z rodzin pochodzenia, z ranami z wcześniejszych doświadczeń. W związku dwojga jest przestrzeń, aby te pęknięcia mogły zaistnieć, jeżeli tylko partner będzie w stanie je dopuścić i ich się nie bać. Jednocześnie część zostanie gdzieś zakryta. To może być wszystko, czego człowiek nie chce przed samym sobą dopuścić do świadomości. Każdy ma jakieś fragmenty siebie, które chce do końca życia pozostawić niewidoczne. Jeśli jest to np. problem z własną agresją, najczęściej nieuświadomiony, to prawdopodobnie intuicyjnie wybierze partnera z jakimś poziomem agresji. Wtedy, podświadomie, będzie miał nadzieję, że jego agresja, której tak boi się pokazać, zostanie wyrażona w zachowaniu partnera. Nie on będzie krzyczał i mierzył się z własnym lękiem przed jej pokazaniem, tylko krzyczeć będzie partner.

I.S.: Często osoby młode, które dobierają się w pary, wchodzą nieświadomie w związki komplementarne, czyli „mnie czegoś brakuje, więc szukam takiej osoby, która by moje braki zaspokoiła". Jeśli np. kobieta nie jest odważna, to szuka mężczyzny, który taki jest. Później się okazuje, że on może być agresywny i relacja przestaje jej się podobać. Część rozstań wynika z tego, że osoby dojrzewają. To, czego potrzebowały wcześniej od drugiej osoby, gdy wchodziły w związek, po pewnym czasie potrafią sobie dać same, np. pewność siebie, wiedzę czy zabezpieczenie finansowe. Okazuje się, że ten człowiek, który na początku dawał szczęście, teraz nie spełnia oczekiwań. Ludzie zaczynają szukać dalej, odchodzą od siebie lub, co gorsza, trwają ze sobą w takich nieszczęśliwych, nierozwijających się związkach.

Czy ludzie, będąc już w związku, są w stanie odnaleźć braki, których wcześniej nie udało im się zaspokoić?
M.N.: To zależy od zasobów pary, a także od tego, czy jest przestrzeń na rozmowę o swoich trudnościach. Jeżeli bowiem jedno nie przyjmuje żadnej krytyki i każda informacja od drugiego, że coś jest nie tak, jest odbierana jako atak, to nie ma szans na zmianę.

Da się to naprawić?
M.N.: Tak i to nawet bez terapeuty. Jeśli pracuje się nad bliskością z drugą osobą, zmniejszaniem dystansu. Niestety, ludzie często nie reperują związków, mimo że doskonale wiedzą, co złego się w nich dzieje. Bo bardziej zagrażająca jest dla nich myśl o zbliżeniu się do drugiej osoby, zaufaniu jej. Czyli ważne jest, czy partnerzy mogą akceptować swoje niedoskonałości, radzić sobie z rozczarowaniem, że wybrana osoba nie jest tak doskonała, jak się wydaje na początku znajomości. Symbolicznie w dobrym związku jest nadzieja na powrót do bardzo wczesnego stanu w rozwoju, kiedy małe dziecko złoszczące się, płaczące, zmęczone czy radosne i zadowolone, ma matkę, która wszystkie te stany wyczuwa i rozumie.

Tkwienie w takim zamrożeniu, przystosowanie się do obojętności względem siebie i mówienie „ja się zmieniać nie będę" to efekt egoizmu obu stron?
I.S.: Tak, ale nie tylko własnego. W takiej sytuacji jest bardzo dużo egoizmów najbliższego otoczenia, przekazów transgeneracyjnych – mówiąc „ja czegoś chcę", człowiek tak naprawdę przekazuje „chcenie" poprzednich pokoleń. Dużą trudnością w terapii jest wyłuskanie tego, co jest pacjenta, a co należy do kogoś innego – rodziców czy dziadków.

M.N.: By związek powstał i miał szansę trwać, musi zostać oparty na jakimś podstawowo dobrym doświadczeniu od pary rodzicielskiej. Związek matki i ojca w każdym zostaje „zapisany" i potem w dorosłym życiu można z tego korzystać. Jeśli przeżycia związane z rodzicami były bardzo niedobre – częste kłótnie, nienawiść czy duży chłód i dystans – to istnieje duże ryzyko, że człowiek zawsze będzie kojarzyć relację z drugim człowiekiem jako zagrażającą. Wtedy trzeba to przepracować na terapii.

I.N.: Ale warunkiem dobrej relacji jest odseparowanie się – emocjonalne, nie fizyczne – od własnej rodziny pochodzenia.

M.N.: Bo jeśli ktoś wchodzi w związek z bardzo silną relacją z którymś z rodziców, wytwarza się trójkąt. Właśnie przez to zazwyczaj małżeństwa się rozpadają. Pracując z różnymi parami, bardzo często słyszymy zarzuty: „bo ty utrzymujesz ze swoją mamą taki ścisły kontakt" lub „ty wszystko mówisz mamie". Wtedy wiadomo, że tu nie było separacji, że człowiek nie zakończył swojego dojrzewania w rodzinie.

Czy jest możliwe, że takie odseparowanie nigdy nie nastąpi?
M.N.: Jeśli ktoś nie czuje takiej potrzeby, to znaczy, że została ona „zabita" w rodzinie pochodzenia posesywnością, czyli taką zaborczością, która wyraża się skłonnością do utrzymywania ciągłej władzy i kontroli nad drugą osobą; do traktowania jej, jakby była własnością. Ta nieprawidłowa relacja występuje najczęściej między matką a dzieckiem. Ale może być i tak, że funkcjonowała w poprzednich pokoleniach, czyli u dziadków lub pradziadków.

I.N.: W niektórych rodzinach, w wielu pokoleniach, dzieci bardzo szybko uniezależniają się od rodziców, nawet jeśli jest to bardzo trudne. W innych zaś nie mogą oderwać się od domu rodzicielskiego, pozostając w zbyt bliskiej relacji emocjonalnej i zależności od jednego lub rzadziej obojga rodziców.

I.S.: Kłopoty pary nie wynikają wtedy z egoizmu. Bywa tak, że np. jeżeli matka kobiety tkwiła w związku z ojcem alkoholikiem, który ją bił, córka paradoksalnie będzie szukać sposobu, by wyjść ze swojego obecnego związku, który może być całkiem satysfakcjonujący i udany. Ze strachu, by nie skopiować relacji rodziców. I nie szkodzi, że jej partner nie przypomina ojca – wewnętrzna potrzeba zrobienia tego, czego matka nie zrobiła, będzie silniejsza niż widzenie siebie nawzajem w obecnej relacji.

Może być i tak, że córka lub syn chcą być lojalni wobec matki lub ojca, zachowywać się tak, jak któreś z nich. I jeśli związek rodziców był nieszczęśliwy, to człowiek wybiera osobę, która też będzie trudna w relacjach. Mając przekonanie, że sobie poradzi, że zrobi wszystko, by jego relacja była inna.

M.N.: Niestety, jeśli ludzie wychodzą z trudnych rodzin z takim założeniem, najczęściej bardzo szybko zaczynają powielać te same schematy, co ich rodzice. Nie można sobie tak po prostu powiedzieć: „chcę, żeby było inaczej", trzeba to przepracować. W przeciwnym razie prawdopodobieństwo stworzenia dobrej pary jest bardzo małe. Być może powstanie jakiś związek, ale będzie nieszczęśliwy.

A związek dwojga egoistów może być dobry?
M.N.: Wbrew pozorom tak. Tyle że każde z nich będzie silnie rozwijać swoje potrzeby indywidualne, więc nie będzie między nimi bliskości. Takie związki pozornie mogą być dobre. Jednak szczęśliwa para to taka, w której istnieje równowaga między jej rozwojem a rozwojem własnym obu partnerów. Nie jest też dobrze, jeśli jeden partner się rozwija, a drugi chce mu jedynie towarzyszyć. Wtedy ludzie zlepiają się ze sobą i można sobie wyobrazić, że w takim związku jest bardzo duszno, tak jak w małym, zatłoczonym pokoju.

I.N.: Jeśli jeden z partnerów będzie egoistyczny, a drugi się temu podporządkuje, w końcu uzna, że nie istnieje w relacji: „ja dla ciebie robię wszystko, a ty dla mnie nic". Taka sytuacja może doprowadzić do rozpadu związku lub do szukania satysfakcji poza nim. Może ją dać zdrada, ale też szukanie pasji, która by pozwoliła trochę odciąć się od partnera egoisty. Gdyby człowiek na początku związku zdawał sobie sprawę, że przyszły partner jest okropnym egoistą, to pewnie strzegłby się związania z nim.

Wszystkiemu winne to zakochanie, które zaślepia?
I.N.: Tak, na początku związku obraz drugiego człowieka jest zaciemniony, nie widać wiele. Podczas terapii często słyszę: „jak o mnie zabiegał, to w ogóle nie było widać tego egoizmu".

M.N.: Ale czasami pojawia się omnipotentna fantazja, że mimo wszystko uda się stworzyć najlepszy związek na świecie. Takie myślenie mówi tak naprawdę o braku wglądu w samego siebie. W takiej miłości bywa i kompletne zaślepienie, i niewidzenie, i niedopytywanie. Bardzo często pary mówią: „nie rozmawialiśmy o tym, czy chcemy mieć dzieci albo o planach na przyszłość". Nie ustalały takich prostych rzeczy, czy chcą intensywnie pracować, czy nie, czy chcą wydawać pieniądze, czy raczej je oszczędzać. Powodem jest głównie obawa, żeby nie zburzyć swojego idyllicznego marzenia, że ta para będzie najwspanialsza.

I.N.: Przychodzi jednak czas, gdy emocje opadną i wtedy pojawia się refleksja – często mówią: „ja nie chcę tylu dzieci" lub „nie chcę wchodzić w związek małżeński, niech ta relacja będzie nieformalna". Zaczynają się schody.

M.N.: W przypadku bardzo młodych ludzi z lękowymi cechami osobowości połączenie się z drugą osobą może stanowić wyzwanie. Wchodząc w pierwszy związek, są więc zadowolone, że już nie muszą dalej podejmować wysiłku – eksperymentować, spotykać się z różnymi mężczyznami czy kobietami, żeby w pewnym sensie rozwijać się indywidualnie, dorastać. Mają nadzieję, że to wystarczy do zbudowania poczucia bezpieczeństwa. Rozwój przeraża bardziej niż pozostanie w związku nie do końca satysfakcjonującym.

Co się dzieje, gdy w takim niesatysfakcjonującym związku pojawia się dziecko?
M.N.: Jeśli są to dwie egoistyczne osoby, bardzo skoncentrowane na sobie, które stworzyły „pozorną parę", nietworzącą jedności, to dziecko może być przyciągane do jednego albo drugiego rodzica, żeby uzupełniać braki w parze. Może zatem dochodzić do powstania kompleksu Edypa.

Traktowania dziecka jak partnera?
M.N.: Tak. Jeśli matka jest daleko emocjonalnie od ojca, a ma syna, to może trochę nieświadomie, a trochę świadomie seksualizować relację z nim.

I.N.: Gdy funkcje pary są bardziej skoncentrowane na sobie niż na funkcjach rodzicielskich, jest możliwość, że dziecko pozostanie poza nią. Może być zadbane od strony materialnej, ale rodzice nie mają na nie miejsca w swoim życiu. Nawet jeśli je chcieli i się z niego cieszą, emocjonalnie nie są dostępni dla dziecka, a ono jest bardzo samotne.

I.S.: W optymistycznym scenariuszu opiekunem może być wtedy babcia, dziadek czy wujek, którzy tę lukę chociaż w minimalnym stopniu wypełnią. Takie dziecko nie jest zatem skazane, na to, by być nieszczęśliwe.

Jednak rodziny wielopokoleniowe nie funkcjonują tak jak dawniej.
M.N.: Najczęściej więc takie dzieci wychowuje szkoła czy grupa rówieśnicza. A później często czują, że ich dorosły związek jest zagrażający, właśnie ze względu na ten utrwalony obraz pary nieobecnej albo porzucającej. I o ile w ogóle wchodzą relacje, to są one dużo słabsze i trudne. Decydują się np. na to, żeby być opiekunem swojego partnera, będą robić dla niego wszystko, byle tylko go zatrzymać. Tworzą związki dopełniające się, ale w negatywnym znaczeniu.

Emocjonalna nieobecność rodziców wyraża się w opisanych przez Jona Gottmana zachowaniach partnerów nazwanych „czterema jeźdźcami apokalipsy": krytyce, pogardzie, postawie obronnej, obojętności. Czy da się je zmienić?
I.N.: Czasami para za późno myśli o naprawie swojej relacji, deklaruje, że chce pracować nad nią, ale już podjęła decyzję o rozstaniu. I chce użyć terapeuty jako tego, kto powie: już z was nic nie będzie. Chociaż bywa, że są to związki do naprawienia. Ta pogarda może dotyczyć kogoś innego, np. rodziców, którym człowiek się nie przeciwstawił, do których ma żal, albo np. teściów. Jeśli partnerzy są na tyle otwarci, żeby dostrzec różnicę między prawdziwą emocją a projekcją, to są w stanie poradzić sobie z trudnościami.

M.N.: Są ludzie, którzy nie powinni być ze sobą, podjęli kiedyś błędną decyzję, uwikłali się i rozstanie jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Nie ma nic gorszego niż zamrożony związek z palącą nienawiścią w środku. Tkwienie w nim nie pozwala nikomu się rozwijać, łącznie z dziećmi, które cierpią, obserwując toksycznych rodziców. Czasami zatem to dobrze, że relacja się kończy. Tyle że rozpad rodziny czy relacji nadal społecznie jest przyjmowany jako coś strasznego. Jednak dzięki temu ludzie mają wreszcie szansę przebudować siebie i wejść w inny, satysfakcjonujący związek. Nie jest tak, że terapeuci powinni sugerować parom, co mają zrobić. Mogą zaś towarzyszyć parze w rozstaniu.

Czy wchodząc w nowy związek, ludzie powielają błędy z poprzedniego?
I.N.: To, czy tak się wydarzy, zależy od refleksyjności obojga partnerów. Zazwyczaj jednak ludzie myślą: należy mi się jakieś własne szczęście, jakiś komfort w życiu, emocjonalny oczywiście.

Jakie szanse ma relacja z odzysku?
M.N.: Szansa na to, żeby stworzyć dobry związek po rozwodzie, kiedy nic nie zostało przepracowane, nawet jeśli sam rozwód przebiegnie kulturalnie, jest mała. Wracają bowiem te same problemy. Na przykład jednym z częstych powodów rozpadu relacji jest brak bliskich kontaktów fizycznych. Trzeba jakoś zrozumieć, dlaczego one nie wychodzą – zmiana partnera może nie wystarczyć. Jeśli jest trudność z powiedzeniem, co tak naprawdę nie wyszło w związku, to potrzebny jest psychoterapeuta. Jeśli jednak ludzie wiedzą, co im tak przeszkadzało, co było cierpieniem, to w kolejnym związku mogą sami próbować tego nie powtarzać.

Czy terapia ma sens, jeśli decyduje się na nią jedna osoba?
I.S.: Czasami przemiana jednego partnera, który poddał się terapii, skłania drugiego do uczestniczenia w sesjach. Albo w związku zaczynają zachodzić pozytywne zmiany. Oczywiście, może być i tak, że pojedyncza terapia doprowadza do rozstania, bo korzystająca z pomocy osoba stwierdza, że jednak nie jest w stanie dalej być z tym partnerem.

I.N.: Psychoterapeuta nie oferuje szczęścia, oferuje raczej zrozumienie siebie i to, jak i gdzie szukać satysfakcji. Może pomóc uwolnić się od ciężaru przeszłości, ale jej samej nie może zmienić. Ludzie czasem myślą, że jeśli np. nie byli kochani przez mamę, to dzięki terapii coś się zmieni. Niestety, nie zmieni się. Ale mogą dzięki terapii próbować zrozumieć mamę – dlaczego nie kochała, być może było jej ciężko, bo też miała mamę, która jej nie kochała.

Co jest ważne dla związku, by był pełny i satysfakcjonujący, a nie egoistyczny?
M.N.: Należy nadać pozytywną wartość emocjom. To, co każdy z partnerów przeżywa, jak czuje i w jakich jest relacjach z drugim, jest bardzo ważne. Tymczasem ludzie często koncentrują się na statusie materialnym – ile mają, co mogą, gdzie wyjeżdżają na wakacje, do jakich szkół chodzą ich dzieci, a nie na tym, czy są szczęśliwi, czy jest im ze sobą dobrze, czy ich seks jest udany. A problemy emocjonalne zamiatają pod dywan.

I.N.: Brakuje im dobrej rozmowy, która będzie dialogiem z poszanowaniem obu stron, a nie mową nienawiści.

A co z dobrym egoizmem własnym?
I.S.: Wyjaśnienie go sobie nawzajem prowadzi do porozumienia obu stron. Trzeba pozwolić sobie na to, aby w pewnych aspektach być egoistą. Jednocześnie trzeba mieć miejsce dla tej drugiej osoby. To jest najbardziej potrzebne w parze.

ROZMAWIAŁA TERESA OLSZAK

PROF. DR HAB. IRENA NAMYSŁOWSKA jest psychiatrą, psychoterapeutką, superwizorką Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego oraz Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Wieloletnia kierowniczka Kliniki Psychiatrii Dzieci i Młodzieży Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Kieruje Warszawskim Ośrodkiem Psychoterapii i Psychiatrii.

DR N. MED. MAGDALENA NAMYSŁOWSKA ukończyła studia medyczne na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym ze specjalizacji psychiatria. Odbyła 4-letni kurs psychoterapii w podejściu integralnym w Instytucie Psychiatrii i Neurologii. Posiada certyfikat psychoterapeuty wydany przez Polskie Towarzystwo Psychiatryczne, którego sekcji naukowej jest członkiem. Pracuje indywidualnie z osobami dorosłymi i z parami. Założycielka Warszawskiego Ośrodka Psychoterapii i Psychiatrii.

IRENEUSZ SIELSKI jest psychoterapeutą o orientacji systemowej. Prowadzi terapię indywidualną, par i rodzin. Ukończył studia magisterskie terapii par i rodzin w Stanach Zjednoczonych. Przez 15 lat zajmował się badaniami w School of Medicine, Child Study Center Uniwersytetu Yale. Współtworzy Warszawski Ośrodek Psychoterapii i Psychiatrii.

Zasoby człowieka – talenty, wewnętrzne sposoby radzenia sobie z konfliktami, rozmaite umiejętności, cechy charakteru, wartości i przekonania.

Przejąć zasoby – wykorzystywać to, co dobre, a co pochodzi od naszych rodziców, dziadków, a czasami znacznie dalszych pokoleń.

Zakryć zasoby – brak dostępu do tego, co w nas dobre i twórcze.

Pęknięcia człowieka – konflikty, nieprzepracowane traumy, bolesne wspomnienia, wszystko to, co powoduje wewnętrzny dyskomfort.

Uwidocznienie pęknięć w związku – pokazanie nieprzepracowanych konfliktów, a także próba zrozumienia mechanizmów, w jakich para nie rozwija się (unieruchamia się).

Agresja wyrażana przez partnera – może pojawiać się wtedy, kiedy próbujemy przenieść na partnera naszą złość, której bardzo boimy się wyrazić (często odbywa się to poprzez prowokowanie partnera do złości).

Pomieszczanie siebie nawzajem – termin dotyczący stanu, sytuacji, w której ludzie mogą akceptować swoje trudności i konflikty bez odrzucania siebie.

Przestrzeń pomieszczająca – metafora używana do opisywania małżeństwa, w którym jest wystarczająco dużo miejsca dla jednej i drugiej osoby, w której mogą zachodzić różne trudne procesy bez lęku, że ta przestrzeń ulegnie rozpadowi.

Przyklejenie się do partnera (lub też zespolenie dwóch osób) – występuje wtedy, kiedy wszystko w parze odbywa się razem – żadne z partnerów nie decyduje się na jakąkolwiek odrębność; jest zawsze „my", a nie „ty" i „ja".

 

©Polityka S.K.A. sp. z o.o. 2018

 

Zobacz wszystkie aktualności eksperta: Magdalena Namysłowska, Ireneusz Sielski, Irena Namysłowska

 
 

« Powrót do listy

 

Pomagamy

 
Przyjdź:
ul. Żegiestowska 22B
02-924 Warszawa (Sadyba)

Zadzwoń:
22 839 74 43 lub 721 43 43 34