zespół

Czule, po macoszemu

24/05/2014 | media
 
 

Joanna Drosio-Czaplińska

Tekst pochodzi z tygodnika Polityka - nr 21 (2959) z dnia 2014-05-21; s. 22-24

Macochy nie mają łatwo. Już samo słowo budzi złe skojarzenia. Zderzają się z niechęcią pasierbów, z niestałością partnerów i pretensjami ich byłych żon. Ale między nimi a „przyszywanymi” dziećmi głębokie uczucia rodzą się częściej, niż myślimy.

Najgłośniejsza macocha ostatnich tygodni to Monika Zamachowska, dawniej Richardson. Był ślub, był wywiad, w którym padło parę słów o eksżonie męża, znanego aktora. A potem była reakcja jego dzieci: żeby „ta pani” już dała ich rodzinie spokój. Że nieuczestniczenie w drugim ślubie ojca oraz ignorowanie osoby nowej macochy jest ich świadomym wyborem – skoro jako nowa żona pozwala sobie komentować postępowanie ich mamy. Był też dopisek w liście, który posłały macosze via media: wspólne nazwisko nie czyni z nich rodziny.

Zły start. Ale macocha już od wstępu ma zły piar także za sprawą baśni o Kopciuszku, która krąży po świecie w około 700 wersjach, i nie ma chyba dziecka, które by się z nią nie zetknęło. W baśni macocha to potwór, który faworyzuje biologiczne dzieci, poniża i wykorzystuje pasierbicę. Do języka weszło nawet słowo „macoszy” jako synonim surowości, złego potraktowania.

Ale nawet jeśli jest w baśni jakaś prawda o rzeczywistości sprzed wieków – w tamtym świecie kolejna żona rywalizowała z dziećmi z poprzednich małżeństw o pozycję i wpływy, o prawo do majątku, bo to mężczyzna nadawał kobiecie status, definiował społecznie – to tamtej rzeczywistości już nie ma. Są za to rozwody i ich konsekwencja – patchwork, czyli rodzina rekonstruowana. Są dzieci z poprzednich związków, dzielące życie z nowymi partnerami swoich rodziców, zwykle z ojczymami, oraz ich macochy. Naczęściej – macoszące na dochodne, przez jeden weekend co dwa tygodnie, względnie przez dzień lub trzy dni w każdym tygodniu, przez miesiąc wakacji plus ferie plus weekendy. I tak przez wiele, wiele lat, aż do pełnoletności. Albo na resztę życia – bo nawet weekendowe pełnienie takiej roli wystarczy, żeby mogła zrodzić się ważna więź. A jej brak, by wygenerować falę konfliktów. Od których czasem rozpadają się nowe związki.

W Polsce co roku na stałe lub na jakiś czas macochami zostaje około 20 tys. kobiet. Tylko tych, które żyją na stałe lub dochodne z niepełnoletnimi dziećmi nowych partnerów, jest prawie 400 tys. Jeśli wliczyć te, dla których macoszenie było niesformalizowanym epizodem, i te, które macochami wciąż są dla dorosłych już dzieci – mamy armię kobiet. Doświadczenie idące w miliony.

Nowe

Pierwszą trudnością jest samo zaistnienie macochy: nowej kobiety obok dawnej. Linia ostrego spięcia pomiędzy byłą a nową żoną to norma, bo i – psychologicznie rzecz biorąc – sytuacja jest trudna.

Jednak w Polsce owa nieakceptacja jest o tyle głęboka, że usankcjonowana kulturowo. Marta, macocha z pewnym już wówczas stażem, podczas komunii swojej pasierbicy podeszła do jej mamy, żeby podać rękę, w końcu ją poznać. Jednak ta, na oczach dziecka i z poparciem pozostałej rodziny, ostentacyjnie się z nią nie przywitała. Wszyscy wokół wydawali się wręcz oburzeni, że macocha śmiała pojawić się w kościele na „jej imprezie” – jak to potem wyartykułowała z pretensją swojemu eks. – Takie zachowanie rodzi konflikt lojalnościowy, bo dziecko mamę kocha, ale macochę lubi – tłumaczy Ireneusz Sielski, terapeuta par i rodzin z Warszawskiego Ośrodka Psychoterapii i Psychiatrii. Konflikt zawsze jest ze szkodą dla dziecka, które bierze na siebie odpowiedzialność za wszystko, co się wydarza, czuje się winne. Dlatego psycholodzy stworzyli kanon zasad dla patchworków. A więc: nie wolno przy dzieciach mówić źle o nowych partnerach. Po drugie, dobrze jest ustalić wspólną linię wychowania, żeby dzieci nie dostawały sprzecznych komunikatów. Warto wyjaśnić sobie, czy macocha ma np. prawo karać dzieci, czyli mieć wpływ na wychowanie, i tego się trzymać. Po trzecie, macocha, tym bardziej weekendowa, wcale nie musi matkować dzieciom swojego partnera – bo one mamę mają. Jedyne, co macocha powinna, to być odpowiedzialnym dorosłym. Uczucie do nieurodzonego przez siebie dziecka – i odwrotnie – może przyjść z czasem, ale wcale nie musi. Wystarczy poprawna relacja bez toksyn.

Ale żeby jakieś w ogóle pozytywne uczucie przyjść mogło, to biologiczny ojciec musi stać się osobą, która ogarnia całą tę relację. Macocha, przynajmniej z początku, powinna grać drugie skrzypce. Tymczasem kolejny kulturowy kłopot dotyczy właśnie tej zasady. Dla Olgi Świderskiej, psycholożki prowadzącej warsztatowe spotkania macoch, zaskoczeniem było, jak częstym modelem jest zrzucanie przez ojców odpowiedzialności za relację albo wręcz obowiązku opieki nad dziećmi na nowe partnerki. –Mężczyźni idą na łatwiznę, bo zapoznają partnerkę z dziećmi i reszta ma się ułożyć sama – ocenia rzeczywistość psycholożka. Ona ma się zająć, znaleźć sposób dotarcia do dziecka, wziąć na siebie jego złość, bunt i „coś z tym zrobić”. Jak u J. On, 40-latek, brał dzieci na weekend – ale potem zajmowała się nim jego nowa partnerka. Młodsza od niego, dwudziestokilkuletnia. Nie szło im. Dzieci były zdenerwowane i złośliwe, ona coraz bardziej nerwowa i rozgoryczona, że nie jej dzieci rujnują jej zdrowie. Ciągnęli tak kilkanaście miesięcy, aż w końcu ona – zmęczona nieustannymi konfliktami toczącymi się pomiędzy nią a dziećmi, pomiędzy jej partnerem a matką jego dzieci, wreszcie pomiędzy samymi dziećmi a ojcem oraz między nią a partnerem – powiedziała nowemu mężowi, że koniec. Że instynktu macierzyńskiego nie da się oszukać, nie jest matką jego dzieci i nigdy nie będzie. I że albo dzieci, albo ona. Dzieci straciły macochę, choć już trochę zdążyły się do niej przywiązać. Jeszcze częściej w takich wypadkach tracą ojca.

Kłopotliwe

Ale kluczowe dla dobrej relacji między dziećmi a macochą jest nastawienie ich biologicznej matki do nowej partnerki ojca. Jeśli jest tą, którą była żona oskarża o rozpad związku, łatwo nie będzie. A im dzieci starsze, tym problem większy, bo odruchowo stają się obrońcami swoich mam. Nie rozumiejąc złożoności sytuacji, obsadzają się w roli wybawców lub negocjatorów.

Matki biologiczne bywają też zazdrosne o więzi z macochami – bo opieka weekendowa, paradoksalnie, może sprzyjać dobrym relacjom. Ten czas różni się od szarej codzienności, łatwiej utrzymać nerwy na wodzy, coś ciekawego wymyślić. Z tego powodu kobieta samotnie wychowująca dzieci może być mniej atrakcyjna niż macocha.

Tymczasem dzieci są idealnymi „żołnierzami” sprawdzającymi się na rodzinnych poligonach, które powstają, gdy mimo rozwodu ludzie nie rozstają się emocjonalnie. Trudno jest przecież pogodzić się z tym, że partner nie sprawdził się w roli, zdradził, odszedł do młodszej, albo mimo bycia porzuconym chce nowej miłości i związku, nie czeka. Gdy pretensje o zmarnowane życie rosną, proporcjonalnie do nich rośnie złość. Ta z kolei wiąże na lata i wikła dzieci. Zgrać to wszystko, nie odreagować zmęczenia i frustracji na byłej, byłym to majstersztyk. Nie uda się stworzyć dobrej patchworkowej rodziny bez dojrzałych, mądrych dorosłych – to oni są kluczem do sukcesu.

Im mniejsza różnica wieku między pasierbami a macochami, tym trudniej to wszystko ogarnąć. – Doświadczony mężczyzna jest zwykle w zupełnie innym miejscu życia niż jego młoda partnerka, często trudno mu traktować młodszą kobietę po partnersku – mówi psychoterapeuta Ireneusz Sielski. Starsza zaledwie o kilka, kilkanaście lat od pasierbów macocha nie będzie miała autorytetu rodzicielskiego, ale może chcieć zachowywać się jak starsza przyjaciółka. Bo tak wydaje jej się najbezpieczniej, a tymczasem wczesne nastolatki zachowują się buntowniczo, bo nie rozumieją, co się dookoła nich dzieje. Ich strategią na poradzenie sobie z sytuacją, na przejęcie kontroli, jest skonfliktowanie ojca z macochą. Manipulują po swojemu, mając poczucie władzy i siły – choć jedynie pozorne. Robią to również po to, żeby zwrócić na siebie uwagę. Trzeba dystansu i dojrzałości, żeby to zrozumieć, wybaczyć, nie złościć się i nie karać. Tym ważniejsza w takim układzie rola ojca dzieci.

Odpowiedzialne

Jednak rośnie też grupa macoch i pasierbów, pasierbic, które mają z tym niemacierzyństwem dobre doświadczenia. Marcie – tej, której mama pasierbicy nie podała ręki na przyjęciu komunijnym – udało się zyskać zaufanie dziecka, choć dopiero po roku. Tuż przed swoimi 10 urodzinami pasierbica obkleiła całe mieszkanie Marty kartkami z napisami: „kocham Cię”, „jesteś najcudowniejszą ciocią na świecie”. Było dobrze. Marta naprawdę poczuła to do małej miłość.

Spotykając dziewczynkę co drugi weekend w swoim i swojego nowego partnera domu, uczyła ją smażyć naleśniki, patrzeć w niebo, żeby się miło nudzić, rysować tęczę, której każdy kolor był jakimś uczuciem, np. złością, którą trzeba umieć z siebie wydobyć. Jako jedyna z dorosłych wokół dziecka to ona przekonywała ją, że po śmierci psa ma prawo się wypłakać i przeżyć żałobę – po to, żeby móc cieszyć się w przyszłości następnym pieskiem. Ich najlepsza zabawa w życiu wynikła z jakiejś pełnej napięcia i frustracji sytuacji. A więc: wyzywać się, ale nie używając ani jednego brzydkiego wyrazu. Budować porównania, jak: „ty zwiędły kalafiorze porzucony na ostatniej półce w Biedronce” albo: „ty stara bazylio nadgryziona przez mszyce”. To Marta tłumaczyła małej cierpliwie, że może czuć się zła – na rodziców, ojca, na nią, na nich wszystkich. Mała okazała się kreatywna ponad wiek w takim niegroźnym, a oczyszczającym „wyklinaniu”, a wszystkie drobne, dobre rzeczy złożyły się na głęboką relację między nimi. Otworzyły serca małej i dużej. Za twardymi słowami „macocha” i „pasierbica”, których używały, zaczęło kryć się dla nich coś delikatnego i czułego. Aż Marta, która sama nie została matką, doszła już do punktu, w którym zdała sobie sprawę, że małego człowieka kocha się za to, że jest. Za wszystko i za nic. Zdziwiła się jedynie, że miłość do pasierbicy widywanej raz na dwa tygodnie może być tak silna.

Badania naukowe potwierdzają zasadę: tak jak więzy krwi nie gwarantują, że będzie dobra miłość, tak i w drugą stronę. Osławiony instynkt macierzyński jest jedynie wsparciem neuroprzekaźników, np. oksytocyny, a cała reszta to praca i czas.

Anna też jest macochą z dobrymi doświadczeniami. Dobrze pamięta dzień, kiedy dotarło do niej, że Karolinę, jej pasierbicę, i ją – macochę – łączy coś bardzo silnego. To było podczas obiadu u teściów, na którym gościła z 12-letnią wówczas córką swojego świeżo poślubionego męża. Dziewczynka widziała dziadków po raz pierwszy od 6 lat i ledwo ich pamiętała. Urażeni tym faktem wypomnieli jej, że „późno sobie o nich przypomniała”. Na te słowa Anna zareagowała ostrym pytaniem: „A wy, gdzie byliście przez te wszystkie lata?!”, i w tym momencie Karolina złapała ją za rękę pod stołem. – Wtedy dotarło do mnie, że kocham ją jak swoje dziecko, choć byłam już w ciąży z własnym – wspomina Anna, macocha 24-letniej dziś Karoliny.

Nieodzowne

Gdy jest miłość, może być problem kolejny. Ta forma bliskości, życia rodzinnego, nie ma żadnej prawnej ochrony. Nawet jeśli się z dzieckiem spędziło wiele lat, w razie rozstania z biologicznym ojcem nie można liczyć na prawo do kontaktu. Zdarzały się pojedyncze przypadki pozwów o prawo do kontaktu z pasierbem, pasierbicą. Sądy patrzą na to niechętnie. Pojawia się też pytanie, czy warto. Prosić o widzenia, gdy samo dziecko nie prosi, bo usiłuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości – to obciążanie małego człowieka. Tym bardziej że w miejsce jednej cioci przychodzi nowa ciocia.

A statystyki są miażdżące. Mówią, że kolejne związki trwają krócej niż pierwsze. Rozstanie jest też rozstaniem z dzieckiem – i kolejnym rozstaniem w życiu dziecka. Piszący dla dzieci Grzegorz Kasdepke, ojciec 18-letniego syna, w książce „Jestem tatą!” tłumaczy, że „czasem trzeba przeskakiwać z kwiatka na kwiatek, żeby spotkać kobietę, która jest jak cała łąka”. Szkopuł w tym, że dzieci rozstanie z macochą mogą przeżywać długo i intensywnie. Marta dowiedziała się od swojego byłego, że mała płakała przez trzy dni, a teraz coraz częściej zamyka się w swoim pokoju. Rozstanie z pasierbicą bolało nie mniej niż z partnerem. Do pudełka po butach, jak do trumny, włożyła Marta rzeczy po małej. Wyznanie miłości na kartkach, które zachowała, zwierzątka z plasteliny: biedronka, słonik i ślimak; wypracowanie na polski o liściu, którym wyobraziła sobie, że jest, a który się zgubił i wirował. Jego końcówka brzmi tak: „Wirując i tańcząc w powietrzu, wpadłem do rzeki, a jej prąd porwał mnie bardzo daleko. Tam o mało mnie ryba nie zjadła. Na szczęście porwał mnie mocny prąd. Wyrzuciło mnie na brzeg. O mało nie zostałem rozdeptany. Wreszcie zabrała mnie jakaś dziewczynka do swojego domu i powiesiła spinaczem na sznurku. W końcu włożyła mnie do albumu i od tamtego czasu przypominam jej dzieciństwo”. Kasdepke, który objaśnia dzieciom świat, pisze teraz kolejną książkę pod roboczym tytułem „Bylątko”. Tak jego znajoma nazwała swoją pasierbicę, z którą musiała się rozstać, rozstając z jej ojcem. Wciąż płacze i tęskni. Książka pomoże dzieciom ułożyć sobie w głowie trudny czas rozstania. Jak poradzić ma sobie macocha? Psycho­logowie mówią, że przeżyć je jak żałobę i dać sobie czas na ból po stracie. Lepszej drogi nie ma.

A poza tym, finalnie, warto uświadomić sobie, że rodzicem jest się dla dziecka, nie odwrotnie. Podobnie jest się macochą. Czasem, jeśli tak życie poniesie, trzeba zostać ostatnią osobą do końca odpowiedzialną za dziecko. Jak Anna. Która formalnie nie jest już macochą Karoliny. Rozwiodła się z jej ojcem, nie widzieli się od kilku lat. A było tak: zaraz po ślubie wyszło na jaw, że partner ma problem z alkoholem. Były próby leczenia, odwyki. Ale gdy partner rzucał jeden nałóg, zaraz wpadał w drugi – hazard, pracoholizm, gry komputerowe. Gdy mężczyzna zniknął z ich życia, Anna powiedziała Karolinie: „tu jest twój dom i będzie nawet wtedy, gdy twój ojciec wyparuje na księżyc”, a mała przychodziła. Biologiczna matka, pochłonięta karierą, nie miała dla niej czasu. Porzucenie przez ojca dziewczynka przeżyła tak bardzo, że z zaburzeniami łaknienia i samookaleczeniami trafiła na terapię i Anna wspomina tamten czas jako trudny. Ale finalnie pasierbica, z jej pomocą, wyszła z problemów. Zastrzega, że nie chce budować mitu idealnej macochy, prawie-matki. Mówi, że tym wszystkim rządzi zasada: być wobec dzieci fair, wspierać i nie oszukiwać, bo dzieci też chcą być fair. Oddadzą, co dostały. –Dzieciak chce w tych wszystkich rozwodach i patchworkach po prostu przetrwać, więc trzeba mu pomóc – mówi i dodaje: – Dziecko – swoje czy nie – to człowiek, który nie ma być ani tą, ani tym, kim by macocha chciała – bo jest sobą.

Może to jest warunek pokochania jak własne pasierbicy? Z 24-letnią Karoliną, która wiedzie już samodzielne życie, raz w tygodniu wspólnie chodzą na rolki.

 

Zobacz wszystkie aktualności eksperta: Ireneusz Sielski

 
 

« Powrót do listy

 

Pomagamy

 
Przyjdź:
ul. Żegiestowska 22B
02-924 Warszawa (Sadyba)

Zadzwoń:
22 839 74 43 lub 721 43 43 34